czwartek, 9 stycznia 2014

2. Płacz

          Z mocno bijącym sercem zbliżałam się do miejsca spotkania. Z każdą kolejną minutą w mojej głowie gromadziły się coraz to gorsze przypuszczenia. Prawda jest taka, że sama nie wiedziałam czego mogłabym się spodziewać gdy dotrę do celu. I to było najgorsze.
          Umysł podpowiadał mi, że nie możliwe jest, że stanie się coś złego. Przecież to James, chłopak, który jakiś czas temu bez ustanku starał się o moje względy. To przy nim byłam szczęśliwa i tylko obok niego chciałam spędzić resztę swojego życia. To on z nielicznych podał jako pierwszy swoją dłoń. Nie możliwe jest, aby chciał zakończyć ze mną swój związek.
          Jednak serce mówiło inaczej. Na przypomnienie ból znów zakuł mnie w okolicach piersi, a przed oczami miałam wyobrażenie sprzed paru dni. Ja, osoba starająca się być miła i kochana, próbująca naprawić każdy błąd w ich związku. On, zimny i nie miły, zaprzestał kontaktu wzrokowego ze mną Za każdym razem jak chciałam się przytulić lub pocałować go, on najzwyczajniej w świecie odsuwał się. Zawsze myślałam, ze ma po prostu złe dni i to przejdzie. Jednak myliłam się, bo było coraz gorzej.
           Na samo wspomnienie o tych dniach zrobiło mi się jeszcze gorzej, co wydawać się mogło niemożliwe. Czyżby moje serce wyczuło już jakiś czas temu, że James chce ze mną zerwać, a tylko moje wpatrzenie w niego zasłaniało rzeczywistość? Znam go już długo, więc mogę stwierdzić jedno - zmienił się.
           Mój ukochany był kiedyś inny. Zawsze jak mnie widział, to obdarowywał mnie swoim czułym i pięknym uśmiechem, za który oddałabym wszystko. Często kupował mi kwiaty, zabierał mnie w cudowne miejsca. Byłam po prostu jego oczkiem w głowie. Potrafił w ciągu jednej chwili mój szary świat napełnić przeróżnymi barwami. Tak było i to własnie tak wyobrażałam sobie miłość.
           Przed moimi oczami ukazała się polna łąka posłana ślicznymi kwiatami. Nie zatrzymując się zaczęłam sobie przypominać, jak zawsze nalegałam, aby uważać gdzie się stąpa żeby nie zniszczyć żadnej rośliny. Tym razem szłam nie zważając na nic prosto przed siebie do miejsca, gdzie prawdopodobnie czekał już na mnie James.
            Jakieś trzy minuty drogi przez łąkę doprowadziło mnie do wielkiego, obdarowanego przecudnymi liśćmi i kwiatami drzewo. Zwolniłam z lekka, aby posłuchać zewu natury. Oprócz szelestu roślin oraz odgłosów zwierząt nie słyszałam kompletnie nic. Uwielbiałam przychodzić tu z Jamesem oraz wielkim kocem, aby odpocząć od hałasu wielkiego miasta. Było to nasze wspólne, najbardziej ulubione miejsce, gdzie chowaliśmy się przed okrutnym światem.
             Zza brązowego pnia wyłonił się mężczyzna, którego widok chciałam widzieć do końca swoich dni.
- Balem się, że już nie przyjdziesz. - Poczułam kolejne, tym razem mocniejsze ukłucie. Moje obawy nie potwierdziły się. James nie wyglądał ani na trochę chorego. Jego jasna skora była tak jak zawsze w świetnym stanie, a ciemne włosy koloru orzecha polatywały na rożne strony pod wpływem wiatru. Jasne oczy niczym niebo przelatywały mnie od stop do głów. Nienawidziłam, jak się tak na mnie patrzył, jednak jego spojrzenie sprawiało, że moje kolana uginały się.
          Ku mojemu zdziwieniu powoli wyciągnął swoją dłoń ku mnie. Rozszerzyłam lekko oczy po czym wolnym krokiem ruszyłam przed siebie. Gdy byłam już na tyle blisko, aby go dosięgnąć, cofnął swój gest i odwrócił się w stronę nieba. Jego włosy znów zaczęły tańczyć w rytmie wiatru.
- Piękny mamy dzisiaj dzień, prawda? - Zdezorientowana spojrzałam w ten sam punkt co on i powoli przesunęłam się obok niego.
- Nie o pogodzie chciałeś ze mną rozmawiać, mam racje? - James nadal milczał, jednak zauważyłam, że wyraz jego twarzy się zmienił. Wydawało się, jakby się czymś zamartwiał lub czegoś bał. Po chwili przeniósł swój wzrok na mnie. Rozpłynęłam się. Kochałam jego oczy jak nic innego na świecie. Były częścią czegoś magicznego. Czegoś, czemu nigdy w życiu nie pozwoliłabym odejść - jego samego.
          Wpatrywał się tak we mnie chwile nie mówiąc ani słowa. Zdawało mi się, że przez cały ten czas nawet nie mrugnął. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę moje złe przeczucia się sprawdzają. Może jestem tylko przesadna? A może James czeka tylko na odpowiedni moment, aby to powiedzieć? Sama już nie wiem...
- Musimy się rozstać. - W mojej głowie panował chaos. Nie wiedziałam jak powinnam się zachować. Po prostu stałam tak w miejscu i zaczęłam odczuwać jak łzy nalewają mi się do oczu. W środku mnie została sama pustka. Mój ukochany stal po prostu tak spokojnie i wpatrywał się we mnie. Dlaczego musimy? Co to znaczy? Co zrobiłam nie tak? Miałam tyle pytań, ale nie miałam sil, aby je zadać. - To nie jest twoja wina... Nie chce nawet, abyś tak myślała. Po prostu to konieczność...
Konieczność? Co to znaczy konieczność? Co to ma być...
- Niedługo wyjeżdżam do innego miasta, daleko stąd. Wiem, że nawet jakbyśmy nie zerwali, to to i tak by nie wyszło. Związek na odległość jest niepoważny... - Przy ostatnich słowach odwrócił swoją głowę. Zauważyłam, że mówił coraz ciszej. Czyżby płakał...? Czyżby również tego nie chciał...? - Chce byś wiedziała, że tylko przy tobie wiedziałem kim naprawdę jestem. Zawsze cie kochałem, Karen. I uwierz, że będę cie kochał nadal ponad wszystko...
Odczulam muśniecie jego warg na moim czole. Usłyszałam jego wolne kroki z każdą chwilą coraz bardziej oddalające się ode mnie. Chciałam krzyczeć, błagać, wołać go. Jednak to i tak by nic nie dało... Zostałam teraz po prostu sama. Sama zdana na swój przeklęty los...
          Przyległam do pnia całą sobą, po czym mocno zacisnęłam zęby. Słone łzy leciały niczym strumyk po moich opuchniętych policzkach. Padłam na ziemie po czym skuliłam się zawalając się płaczem.